Yaki - logo
II Ogólnopolski Spływ Genealogów
Rospuda 2005

Nawigator: Strona główna > Genealogia > Wieści > II OSG-Rospuda 2005
Jeśli z prawej strony nie ma ramki z odnośnikami wejdź do działu "Genealogia" poprzez Stronę główną

Postanowiłem machnąć mały fotoreportaż o spływie zarówno dla uczestników, jak i tych którzy nie popłyneli. Mam nadzieję, że będzie to jeden z wielu fotoreportaży jakie w najbliższym czasie powstaną. Na tej stronie znajdują się 42 zdjęcia - ich ściąganie może chwilę trwać. Po kliknięciu na zdjęcie otwiera się okno ze zdjęciem powiększonym. Zdjęcia są pogorszonej jakości, uczestnicy spływu będą mieli dostęp do zdjęć niekorygowanych.

Spływ odbył się w dniach 6-10 lipca 2005 roku. Przy czym 6 lipca był dniem zjeżdżania się uczestników w miejscowości Filipów. Samochody zostały odstawione na przygotowany parking. Uczestnicy wybrali swoje kajaki, wiosła, kapoki i namioty. Każdy z uczestników otrzymał pamiątkową koszulkę (widoczną na wielu zdjęciach) i metalowy kubek. Ja z siostrą Katarzyną dotarłem na miejsce bardzo późno, ale impreza powitalna jeszcze trwała. Poniżej zdjęcia wykonane tego dnia przez Annę Stachowską.

6 lipca 2005, środa, 1 dzień spływu

   

Uczestnicy gromadzili się na polanie nad Rospudą mniej więcej od 15. Czas oczekiwania umilano sobie grą w piłkę i podjadaniem smakowitego bigosu. Widoczna na pierwszym zdjęciu po lewej przyczepa stale towarzyszyła naszemu spływowi przewożąc nasze bagaże. Pewne zaniepokojenie wywołał wśród przybywających niski stan wody w Rospudzie. Trudno było sobie wyobrazić, że po tym da się płynąć.

 

Rozmowom przy ognisku nie było końca. Niektórych zmorzył sen, inni trwali na posterunku. W rozmowie ze Staszkiem Pieniążkiem wyraziłem zaniepokojenie, czy zaplanowany na następny dzień dystans 10,4 km nie jest aby zbyt krótki, jak na cały dzień pływania - pieszo dałoby się go przecież pokonać w 2 godziny. Jakże ja byłem nieświadomy!!!

7 lipca 2005, czwartek, 2 dzień spływu

Wykonane przez Tomka Nitsch'a na starcie w Filipowie zdjęcie grupowe w strojach służbowych, zebraliśmy się na to zdjęcie o 10 rano. Niezły tłumek, nieprawdaż? Proszę zwrócić uwagę na te uśmiechnięte, zadowolone i niczego nie spodziewające się twarze.

   

Wreszcie ruszamy. Z nieznanych powodów stan wody w Rospudzie podniósł się przez noc i choć rzeka nadal wyglądała cokolwiek skromnie, to można było po kolei wodować kajaki. Jak się póżniej dowiedzieliśmy mieliśmy dużo szczęścia, bo ekipa, która wypłyneła dzień wcześniej musiała ciągnąć kajaki wzdłuż brzegów - wody było za mało, by płynąć. Przy wodowaniu było mnóstwo hałasu, bo nie wszyscy mieli już doświadczenie we wsiadaniu do cokolwiek chybotliwego kajaka. Znienacka okazało się, że brakuje jednego. Komandor Pieniążek załatwił dostawę brakującego sprzętu jednym telefonem.

 

Pierwszy odcinek był raczej ciasny i kręty. Wszyscy chyba uczyli się dopiero jak kierować tym pieruństwem, żeby nie walić dziobem w brzeg na każdym zakręcie. Do tego jeszcze przepływanie pod zwalonymi pniami - to były pierwsze lekcje z zakresu chowania się w kajaku tak, by nic nie wystawało i dało się pod zwalonym pniem przepłynąć. Wypłynięcie na jezioro Długie było wytchnieniem po zakrętach na rzece. W tym momencie zorientowałem się, że 10 km w lini prostej, może na rzece być wielokrotnością tej liczby kilometrów, wystarczy linię prostą urozmaicić dziesiątkami meandrów i robi się 20, 30, 40 albo i więcej kilometrów. Kilkoro uczestników metodą opracowaną na poprzednim spływie połączyło kajaki w tak zwaną tratwę. Tratwa służy zacieśnianiu więzi, co odbywało się intensywnie. A propos pierwszego zdjęcia - nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że to co trzyma w ręku Andrzej to butelka.
Na pierwszym zdjęciu od lewej: Andrzej Wardyn, Piotr Madej (odrócony), za nimi niewidoczny Krzysztof Borowski, Anna Stachowska, Tomasz Wardyn, Joanna Jendrzejewska.
Na drugim zdjęciu od lewej: Joanna Jendrzejewska, Tomasz Wardyn (wystaje jego głowa), Anna Stachowska, Piotr Madej, Krzysztof Borowski.

 

Do tratwy dobijały kolejne kajaki. Po lewej załoga składająca się z Magdy, Pauliny i komandora spływu Stanisława Pieniążka, po prawej załoga Anny Feltynowskiej z mężem i wnuczką.

 

Zdjęcie po lewej proszę traktować jako szkoleniowe z zakresu chowania się przy przepływaniu pod zwalonym pniem. Po prawej spotkanie na przymusowym postoju. Wypłyneliśmy przy przepięknej pogodzie, ale jak to bywa przy takiej pogodzie po drodze zdarzyła się burza. Po wypłynięciu z rzeki na jezioro po kolei wszyscy zatrzymywali się na prywatnej przystani - dobrze trafiliśmy, bo przemili ludzie jacy tam wypoczywali pozwolili nam się schronić przed deszczem i poczęstowali herbatą. Ten nieplanowany postój dobrze wszystkim zrobił, bo grupowo ustaliliśmy jak płynąć przez jezioro. Dwie ekipy, które nie dopłyneły do nas i nie zasięgnęły języka nadłożyły kawał drogi płynąc nie w ten koniec jeziora co trzeba. Trzeba tu dodać, że wszyscy uczestnicy otrzymali mailem szczegółowy opis trasy, który pozwalał unikać tego typu przygód, ale nie wszyscy pamiętali, by ten opis wziąć. Niżej podpisany też tak uważał, no bo przecież na jeziorze nie można się zgubić! Otóż zapewniam, że można.
Chowanie się w kajaku prezentuje Katarzyna Kubis. Przy stole stoją od lewej: Andrzej Wardyn, Tomasz Wardyn, Pelagia Szybka, Maciej Terek, Wiktoria Terek, Aneta Terek, tyłem mąż Anny Feltynowskiej.

 

Po lewej załoga Anny Sekulskiej i Tomasza Nitsch'a z synem - dla nich z powodu obowiązków był to niestety pierwszy i ostatni dzień spływu. Z tego co opowiadał Tomek wynika, że w porównaniu z poprzednim spływem ten zaczął się na wysokim poziomie trudności. Jeden z młodych uczestników spływu powiedział po tym dniu: "To nie jest spływ genealogów! To jest szkoła przetrwania!" Takich przeszkód i z taką częstotliwością jakie mieliśmy na tym odcinku już później się nie trafiały. Po przybyciu na miejsce biwaku kolejne ekipy rozstawiały swoje namioty powoli budując nasze genealogiczne miasteczko.

Wieczorem właściciele biwaku dostarczyli nam sporej ilości drewna, dzięki czemu mogliśmy się rozgrzać po chłodnym, burzowym dniu. Przed ogniskiem część spływowiczów intensywnie grała w siatkówkę - okazuje się, że w tym też genealodzy są nieźli. Gorzej natomiast poszło ze śpiewaniem - trzeba będzie potrenować przed kolejnym spływem. Od lewej Piotr i Anita Korcz z synami, Staszek Pieniążek, Anna Feltynowska z mężem.

8 lipca 2005, piątek, 3 dzień spływu

 

Tym razem nauczeni doświadczeniem tych "którzy zaginęli na jeziorze" bardzo dokładnie ustalaliśmy gdzie i jak płynąć. Pogoda była przepiękna. Załogi powoli wyruszały w rejs.

 

Schwytani na jeziorze (od lewej) Maciej Śliwowski (jak się okazało bardzo doświadczony kajakarz) z Radkiem Feltynowskim. Aneta Terek, Wiktoria Terek i Maciej Terek - ta osada była moim zdaniem najbardziej rozbawiona - gdzie nie popłyneli zawsze było słychać jak się śmieją.
Świat w tym czasie przeżywał dramat eksplozji w londyńskim metrze, my byliśmy w najbezpieczniejszym zakątku Europy w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego co się dzieje.

 

Załoga Zbyszka Szybki i Pelagii Szybki na bezmiarze wód. Pamiętam, że zapytali mnie wtedy jak daleko jeszcze. To jezioro było dosyć kłopotliwe, płyneło się i płyneło, za każdym kolejnym cyplem widać było, że nadal nie ma jeszcze ujścia do rzeki, do tego trzeba było płynąć pod wiatr. Na ich pytanie odpowiedziałem, że rzeka jest już blisko tuż za następnym cyplem. Mam nadzieję, że nie gniewają się na mnie, bo rzeka była za n-tym cyplem - to chyba jedno z najdłuższych jezior świata. Wreszcie dopłyneliśmy do bardzo fajnego młyna, gdzie wieczór spędziliśmy doprowadzając się do porządku pod prysznicami z ciepłą wodą (proszę sobie wyobrazić, że regulowanie ciepłej wody odbywało się za pomocą chipa elektronicznego - technika zawędrowała już w najdziksze ostępy). Miejsce urocze, bo raz że tak jak na całej dotychczasowej trasie ludzi prawie nie było widać, to na biwakowiczów czekały w/w prysznice, plac zabaw dla dzieci, grill i zimne piwo w barze.

 

Zdjęcie po lewej ma charakter dowodowy. Trzy ekipy - nie wymieniając z nazwiska Krzysztof, Anna, Andrzej, Tomasz, Piotr i Joanna - poddały się na trasie i zostały dotransportowane. Wszyscy byli oburzeni postawą niegodną spływowicza, ale po cichu wszyscy pewno uważali ich za szczęśliwców i zastanawiali się jak oni to sobie załatwili na tym bezludziu jakim płyneliśmy ;-) Na miejscu jak zwykle rozbiliśmy nasze namioty.

To zdjęcie przedstawia sprawców całego zamieszania - organizatorów spływu Krzysztofa Borowskiego i Stanisława Pieniążka - to przez nich bolały mnie ramiona, zrobił mi się pęcherz na dłoni, codziennie rano wstawałem o 7 z bólem głowy od napojów (pomińmy jakich) z dnia poprzedniego, żyłem na bakier z higieną, odwykłem od cywilizacji.
Pośród atrakcji tego wieczora był sękacz (niestety rozładowane baterie w aparacie nie pozwoliły mi na zrobienie zdjęć). Nigdy nie jadłem sękacza. Kiedyś usłyszałem, że jest przerażliwie słodki i to mnie zniechęciło. Okazało się, że nie jest taki słodki i smakuje podobnie jak ciasto biszkoptowe. Do atrakcji wieczoru należy zaliczyć gawędę wygłoszoną w lokalnym dialekcie przez uczestnika spływu - tylko nie pamiętam już, czy to był Kuba, czy Tomek. Gawęda była zrozumiała poza niektórymi słowami, których już nie pamiętam, a które brzmiały bardzo malowniczo. Anna Feltynowska dołożyła jeszcze wykład o historii okolicznych ziem. Wieczór spędziliśmy więc i przyjemnie i pożytecznie. Obok biwaku mieliśmy małą stadninę. W czasie naszego pobytu konie były uczone wchodzenia do wody - to był niezapomniany widok.

9 lipca 2005, sobota, 4 dzień spływu

 

Załoga Kuby i Tomka (zdjęcie po lewej) - ale zabijcie mnie nie wiem, który jest który. W każdym razie Kuba lub Tomek, a chodzi mi o gawędziarza z poprzedniego wieczoru (na zdjęciu to ten po lewej), płynął kajakiem po raz pierwszy w życiu. Bardzo mu się to podobało. Na zdjęciu po prawej załoga Grzegorza Misko i Ewy Dobrołowicz. Ta załoga po prostu pędziła do przodu jak wicher - jest to jedyne zdjęcie jakie udało mi się im zrobić na wodzie - na starcie czwartego dnia spływu. Zawsze byli tak daleko w przodzie, że w życiu nie udałoby mi się ich dogonić.

 
 

Od lewej załogi w składzie: Paweł Kwapiszewski i Anna Krzyżankowska oraz Bogna i Hubert Bogusławscy. Kolejni sprinterzy trasy spływu - jak to dobrze, że czasem póżniej wypływali. Poniżej od lewej ja z moją drogą siostrą Katarzyną Kubis (zdjęcie dzięki uprzejmości Zbyszka Szybki). Gdyby nie ona większość tych zdjęć by nie powstała - ktoś przecież musiał wiosłować ;-) Zdjęcie po prawej u dołu przedstawia fragment pozostałych zabudowań pałacu generała wojsk polskich Ludwika Michała Paca najbardziej znanego z powiedzenia "wart Pac pałaca" - zabudowania znajdowały się 300 metrów od trasy spływu.

 
 

Kolorystyka zdjęcia po lewej jest tak nietypowa, że nie mogłem pominąć tego zdjęcia. Słońce towarzyszyło nam przez cały czas spływu. Krzysztof Borowski widoczny na zdjęciu przybrał barwę ochronną. Na kolejnych zdjęciach widać działanie trudów spływu - marki piw widoczne na szklankach są podane tylko w celach informacyjnych.

 

Biwak rozbiliśmy w tak zwanym Świętym Miejscu. Anna Feltynowska zorganizowała dla uczestników spływu jazdę wozem drabiniastym i przygotowaną przez jej krewnych potrawą o nazwie "kartacze" - duże pyzy ziemniaczane z mięsnym nadzieniem, bardzo smaczne. Dzień zakończyliśmy spotkaniem z dwójką przemiłych mieszkańców - badaczy regionu, którzy opowiedzieli o miejscu w którym się zatrzymaliśmy i zwyczajach z nim związanych. Na zdjęciu po lewej spływowicze zasłuchani w opowieść naszych gości. Na zdjęciu po prawej Zbigniew Szybka, Stanisław Pieniążek i niżej podpisany. Dodatkową atrakcją był przyniesiony przez kogoś świetlik - pierwszy raz w życiu widziałem świetlika z bliska, niestety nie udało się go sfotografować. Muszę jednak rozczarować tych co świetlika nie widzieli - to dosyć brzydki robal. Wieczór - ostatni na spływie - trwał długo w noc. Był kontynuowany zarówno na naszym biwaku, jak i na ognisku zorganizowanym po drugiej stronie rzeki przez okoliczną młodzież. Chciałbym w tym miejscu jeszcze raz gorąco podziękować Maćkowi i Grzegorzowi za bezpieczne dostarczenie moich zwłok na biwak z tego drugiego ogniska.

10 lipca 2005, niedziela, 5 dzień spływu - ostatni

 

Ostatnie zwijanie namiotów i w drogę. Rospuda była już dosyć szeroka na tym odcinku, ale płyneła dosyć leniwie. Ten ostatni odcinek zapamiętam, jak i pewno inni uczestnicy spływu, z powodu słońca przed którym nie było gdzie się schować. Płyneliśmy jak po patelni. Wszyscy z każdym zakrętem mieli nadzieję, że to już koniec szuwarów. Niestety rzeka bezlitośnie meandrowała. W końcu bardzo się rozszerzyła i wpadła do jeziora Rospuda. Tam przeżyłem szok, bo na brzegach były jakieś hordy ludzkie. Na trasie spływu owszem byli ludzie, ale odwykłem od widoku setek ludzi i hałasu jaki wytwarzali. Kierowcy wyjechali odebrać samochody a reszta rozłożyła się w lesie, w cieniu, z daleka od wody. Wyglądało to trochę dziwnie bo wszyscy normalni ludzie wokół nas pchali się na słońce i walczyli o to by być jak najbliżej wody, jednak my - spływowe wilki - mieliśmy już trochę inne spojrzenie na te atrakcje. Muszę dodać, że po spływie jestem w stanie policzyć wszystkie mięśnie jakie mam w pośladkach - w kajaku nie wiedziałem już na której ich części mam siedzieć, żeby nie bolało.
Z żalem zrezygnowałem z pokazania zdjęć przyrody jaka nas otaczała - ten fotoreportaż i tak jest już zbyt długi. "Okoliczności przyrody" zapierały dech w piersiach - zapewniam o tym.

 

I nastąpiło wreszcie nieuniknione zakończenie spływu i rozstanie z uczestnikami. Pozostaną ciepłe wspomnienia zarówno o ludziach, jak i atrakcjach spływu.

Już teraz wiem, że zrobię wszystko by wziąć udział w przyszłorocznym spływie. To tylko parę dni, finansowo do przeżycia, nie trzeba mieć specjalnej kondycji, ani umiejętności, można poznać osobiście ludzi znanych z Internetu, a także zupełnie nieznanych, Stanisław Pieniążek i Krzysztof Borowski mają już duże doświadczenie w organizowaniu spływów (i oby zechcieli dalej to dla nas robić), a intensywność tych dni zapada w pamięć i pozwala na oderwanie się od wszystkich problemów dnia codziennego. Zdecydowanie warto!