Yaki - logo
Filmy, wystawy
i może coś jeszcze

Nawigator: Strona główna > O autorze > Filmy, wystawy +

Właśnie wróciłem z kina ... i już po drodze postanowiłem, że muszę na stronie napisać choć kilka słów o filmie "Dzień świra" Marka Koterskiego, a w przyszłości może uda mi się pisać po kilka słów o widzianych filmach - dla siebie i dla Szanownych Czytelników - nie ujawniając akcji, ale zachęcając lub zniechęcając do obejrzenia.

  • Kolekcja Deutsche Bank w Międzynarodowym Centrum Kultury, Juliusz Joniak w Pałacu Sztuki, Manolo Millares w Muzeum Narodowym 17 lipca 2004
    Kraków, ach Kraków, cudowna pogoda i ta luźna atmosfera tworzona przez tysiące turystów ... Deutsche Bank zajął się kolekcjonowaniem sztuki w latach 70. Obecnie kolekcja liczy blisko 50 tysięcy dzieł sztuki obejmując prace współczesnych, i nie tylko, artystów niemieckich lub z Niemiec pochodzących oraz z państw niemieckojęzycznych. Nie wiem jaka była pierwsza wystawa, ale ta druga jakoś specjalnie mi się nie podobała. W Międzynarodowym Centrum Kultury zostały zaprezentowane prace znanych artystów, ale sama wystawa prezentowała się chaotycznie i właściwie nie wiadomo, o co chodziło kustoszowi wystawy poza koniecznością obwieszenia ścian. Temat wystawy "Oto człowiek" raczej nie znalazł - moim skromnym zdaniem - odbicia w doborze i rozmieszczeniu prac. Poza tym kolekcja zawiera wprawdzie prace tak znanych artystów jak Otto Dix, Egon Schiele, Georg Baselitz, czy Oskar Schlemmer, ale nie są to prace najcenniejsze dla tych artystów, szczerze mówiąc są to popłuczyny - brzydkie słowo, ale tak to odebrałem. Bank, jak to bank, a już szczególnie Deutsche Bank, ma pieniądze - dziwnie je jednak wydaje. Liczba posiadanych prac imponuje, ale jeśli ich klasa jest podobna do zaprezentowanych na wystawie, to nie ma się czym chwalić. Moim zdaniem prace w kolekcji są dobrane nazwskami artystów na zasadzie "nieważne co, ważne czyje" - stąd w kolekcji pięknie oprawione, ale nic nie wnoszące kartki wydarte z notatnika znanych twórców. Za to bank, jak to bank, za obejrzenie swojej kolekcji zażyczył sobie 9 złotych! (ulgowe po 6 złotych). Kolejną wystawę z kolekcji Deutsche Bank obejdę szerokim łukiem.
    P.S. Ale za to w Łodzi Deutsche Bank przepięknie odnowił jedną z kamienic wraz z budynkami w oficynie i całym podwórzem - gdyby wszystkie podwórka przy Piotrkowskiej tak wyglądały ...
    Galeria Piano Mobile niestety była zamknięta, a szkoda, bo mam stamtąd bardzo miłe wspomnienia, a i sama galeria jest warta polecenia.
    Pałac Sztuki zaprezentował prace Juliusza Joniaka - profesora krakowskiej ASP - mniej więcej z lat 1999-2004. Joniak to artysta bardzo płodny, na wystawie można było zobaczyć chyba grubo ponad setkę obrazów olejnych i akwarel. Większość z nich pokazywała widoki z Europy południowej, co więcej wiele prac zawierało w tytule nazwę miejscowości w taki, czy inny sposób związanej z historią malarstwa, na przykład Cadaques, Lligat, Collioure. Prac było trochę za dużo i przez to trudno się byłu skupić na jakiejkolwiek, traciły na indywidualizmie, szczególnie, że każda z nich zawiera pełne spektrum kolorystyczne. Większość, jeśli nie wszystkie, prace oprawione są w identyczne, ciekawie wykonane i charakterystyczne dla tego twórcy ramy. Mnie jednak najbardziej spodobały sie akwarele. Malarz przedstawiając pejzaże, czy martwe natury mocno trzyma się rysunku, konstrukcji. Podobnie jednak jak inni krakowscy malarze - Rzepiński, Szancenbach - stoi w miejscu, nie widać prowadzenia żadnych poszukiwań. Mimo tego jest w pracach Joniaka radość, która udziela się też oglądającym.
    W Pałacu Sztuki na placu Szczepańskim można też było zobaczyć wystawę zatytułowaną "Cinema Moment", na którą składały się fotosy filmów, zdjęcia aktorów i reżyserów. Niestety przez wystawę przeszedłem bez emocji; były to po prostu dobrze zrobione zdjęcia.
    Wystawy w Bunkrze Sztuki (tuż obok placu Szczepańskiego) nie oglądałem - artyści kanadyjscy z Quebec'u - ale jak się dowiedziałem wiele nie straciłem.
    Muzeum Narodowe pokazało bezpłatnie (!) 28 prac Manolo Millares'a. Zgodnie z informacjami z planszy w muzeum powinno ich być 40, no ale wystawa już się kończyła i może część prac już wyjechała. Prace Millares'a są czarno-białe, czasem z odrobiną czerwieni, z wykorzystaniem usztywnionego, pofałdowanego płótna i innych materiałów. Ponadto pokazano prace wykonane tuszem na papierze. Wystawa obejmowała twórczość artysty z lat 1966-1971. Chylę czoła przed tym, co zobaczyłem, ale nic nie rozumiem ;-(. Wielka czarna mucha, która latała po sali chyba podzielała moje uczucia, bo jej bezradność w przemierzaniu sali od jednaj pracy do drugiej była zbliżona do mojej. Choć może mucha zobaczyła więcej - siadała na pracach i zgłębiała ich fizyczne wnętrze - ja, pozbawiony tej możliwości, nie potrafiłem i nie potrafię odnieść się do emocjonalnej warstwy prac tego artysty. Postaci na obrazach są najczęściej ułożone w poziomie ... niczym zwłoki. Córka Millares'a mówi, że "to istoty obdarte, okryte pocerowanym odzieniem i piękne w swej nędzy; są one krzykiem rozpaczy i oskarżeniem wobec barbarzyństwa świata". Na wystawie poczułem straszną bezradność. No bo wielki artysta, a ja ni w ząb nie potrafię pojąć w czym rzecz ... ale może to dobrze, wywołała we mnie niepokój, mam o czym myśleć i motywuje mnie to do dalszej pracy nad sobą.

  • Wojciech Siudmak i Wojciech Leder 30 maja 2004
    tak, tak na wystawy też chodzę i to wcale często, w każdym razie w porównaniu z tymi wszystkimi, którzy do galerii (ale nie tej handlowej) nie trafiają nigdy - proszę jaki ze mnie szpaner, ale wróćmy do baranów, ups przepraszam, do wspomnianych artystów, malarzy zresztą.

    Na początek Wojciech Siudmak i niestety recenzja negatywna - kto nie chce niech nie czyta i przejdzie do następnej. Wystawa była w Muzeum Historii Miasta Łodzi i prezentowała prace artysty mniej więcej z lat 1987-2003 - obrazy, rysunki, plakaty. Siudmak ma bardzo dużą łatwość rysunkową i malarską, widać silne nawiązania do Dalego, Mitoraja, Magritte'a i Delvaux, choć są one tak silne, że nie wiem, czy można jeszcze mówić o nawiązaniach. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to ramy obrazów - zazwyczaj są jakoś dopasowane do obrazu, twórca wybrał jednak ramy wręcz kontrastujące ze swoimi pracami - ramy nawiązują do muzealnego akademizmu wprost z XIX wieku mimo że jego twórczość kwalifikuje się jako realizm fantastyczny, a sam artysta nazywa się hiperrealistą fantastycznym. Łatwo domyśleć się o co chodzi, ale trudno to zaakceptować. Do ram pasuje sposób malowania postaci ze szmatkami okrywającymi, co wstydliwsze części ciała realistycznie namalowanych postaci - to skrępowanie wobec nagości jest jakieś dziwaczne. Na niektórych obrazach widać wyraźny dysonans w oświetleniu poszczególnych elementów. Wyglądają jakby zostały "przemalowane" ze zdjęć i zestawione razem. To zestawianie też czasem się nie udawało i widać silne zaburzenia perspektywy. Te dwie "skazy" nie najlepiej świadczą o warsztacie artysty, albo dowodzą niepotrzebnego pośpiechu. Coś takiego jak gra kolorystyczna w ogóle jest niedostrzegalne. Siudmak jest artystą płodnym i może maluje właśnie nazbyt szybko, bo kolejnym mankamentem zaprezentowanych prac jest pustka emocjonalna, brak wyrazu, przeżycia, uczucia, treści - niestety brak im jest tego, co w malarstwie najważniejsze, a ze zbitki elementów, choćby i najstaranniej namalowanych nic nie wynika. Inną cechą twórczości Siudmaka jest brak widocznego rozwoju artysty - stoi w miejscu. Niestety ale prace są albo kiczem, albo są na granicy kiczu, a to że się dobrze sprzedają tego nie zmieni. Artysta od 1966 roku mieszka i tworzy we Francji. W swoim wyrazie prace Siudmaka są podobne do twórczości Rafała Olbińskiego, który podobnie najpierw odniósł jakiś sukces za granicą, a potem zaczął swe prace pokazywać w Polsce - Olbińskiemu odpuszczę, bo ile można. Podsumowując muzeum wystawiło tandetę i trudno to uznać za wydarzenie kulturalne.

    Tego samego dnia odwiedziłem galerię Atlas Sztuki, tam obejrzałem prace Wojciecha Ledera. W porównaniu z wystawą Siudmaka w Atlasie ściany były prawie puste, a jednak ... Artysta w swoich pracach używa sadzy, kopciucha świecy, piasku, kruszyw, cementu, popiołu łącząc te wszystkie składniki z pigmentami. Efekt to obrazy wprawdzie ciężkie w kilogramach mierząc, ale po prostu porywające. Do każdego podchodzi się z ciekawością. Widać zainteresowanie autora skałami, co może jest związane z tym, że lubi wspinaczkę górską. W pracach można dostrzec przestrzeń duchową, czuje się za nimi artystę - to takie trochę ogólne stwierdzenia, ale trudno to wyrazić prezyzyjniej, a przynajmniej ja nie mam takich talentów. I tak oto w krótkich słowach polecam tę wystawę lub inne, ale właśnie tego artysty.

    Myśl na koniec - mnie samego zaskoczyło jak łatwo było skrytykować jednego artystę, i to w całkiem długim tekście, a jak trudno było skomplementować drugiego, i skończyło się na kilku raptem zdaniach.

  • Chicago 11 maja 2004
    z dużym opóźnieniem, ale jednak obejrzałem ten film; przyjemny, ale niestety nie porywający - daleko mu do "Kabaretu"; role Rene Zellweger i Catherine Zeta-Jones fajne i każda z nich na swój sposób rozkoszna, gorzej z Richardem Gere - czy on naprawdę musiał śpiewać?
    A przy okazji - to znaczy bez żadnej okazji, ale po prostu przypomniało mi się jak wielkie wrażenie zrobił na mnie niemiecki film "Aimee i Jaguar" - film jest brutalnie realistyczny i nie będę czarował - okrutny; z filmu wyszedłem ze łzami w oczach, całkiem rozbity - czy wiele jest filmów, które potrafią tak poruszyć?
  • Kill Bill Vol. 2 8 maja 2004
    ciąg dalszy Kill Bill Vol. 1; co tu dużo mówić - nie warto oglądać, nie że kiepski, ale cała historia zmierza do szczęśliwego zakończenia i to jest nudne; znowu można podziwiać jak świetnie Tarantino potrafi się bawić filmem, ale o tym już wiemy z pierwszej części filmu, nie mówiąc o pozostałych. I znowu się okazuje, że tam gdzie jest tajemnica, niedopowiedzenie film odbiera się lepiej, dociąganie do zakończenia nic filmowi nie daje.
    A przy okazji - na "Van Heslinga" nie warto iść, co w sumie wiadomo od razu, ale mam relację od siostry, która trafiła na film przypadkiem - bajka do kwadratu, a do tego widzowie gubią się w fabule filmu, co nie dziwi, gdy w jednym miejscu rzuca się wilkołaki, Frankensteina, wampiry i inne stwory; lada dzień na ekrany zawita "Świt żywych trupów" - kilka linijek niżej pisałem o filmie "28 dni później" nawiązującym do "Nocy żywych trupów" i proszę kolejny film z tej samej bajki - widać amerykańskim producentom brakuje pomysłów, albo nasze kina zaczynają ściągać coraz gorsze barachło.
  • Kociak 24 kwietnia 2004
    francuska komedia; na dworze nie było najładniej i fajnie było obejrzeć jakąś komedię, a że akurat do wyboru była francuska, to miło było się przejść. Niestety w trakcie filmu chyba każdy widz zaczynał się zastanawiać, po co właściwie ten film nakręcono, powstał gniot na miarę naszego "wielkiego" reżysera Janusza Zaorskiego - kiepski scenariusz, kiepscy aktorzy, kiepski reżyser. Odradzam.
  • 28 dni później całkiem niedawno
    "wszystko już było, i rak, i ryba, śniło się chyba" - film jak zlepek wielu fimów, a przede wszystkim "Nocy żywych trupów", tyle tylko, że nakręcony bez żadnej myśli. Można nim straszyć niegrzeczne dzieci.
  • Kill Bill Vol. 1 jakiś czas temu
    znajomi patrzyli na mnie dziwnie, kiedy powiedziałem, że "Kill Bill" mi się podoba. No bo niby co ma tam się podobać? Film pokazuje głównie siekanie ludzkiego mięsa mieczem samurajskim w roli tasaka. Ale i tak mi się podoba, trochę przez fajną muzykę, trochę przez zmienne tempo filmu, trochę przez wątki japońskie, trochę przez perfekcyjnie dopracowane sceny walki (rodem z "Przyczajony tygrys, ukryty smok"), trochę przez wprowadzenie scen japońskiej animacji. Dodatkową zaletą filmu było to, że mogłem go obejrzeć w oryginalnej wersji - nie wiem jak z tym jest u innych, ale polskie napisy zawsze mnie rozpraszają i zamiast patrzeć na cały ekran skupiam wzrok na napisach w jego dolnej części. W kinach jest już "Kill Bill Vol. 2" i oczywiście pójdę.
  • Okna 7 kwietnia 2004
    film tureckiego Włocha Ozpetek'a - chyba dobrze napisałem? Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że jak o nim mówią to czytają to nazwisko "oceptek", ale w napisach wyraźnie widziałem "Ozpetek", czyli wychodzi "ocpetek" - pomieszanie z poplątaniem. Film fajny, relaksujący po amerykańskiej sieczce, strasznie sentymentalny, ale też niestety chwilami nudnawy. Na małej sali w Silver Screen było raptem ośmioro wariatów chcących obejrzeć ten film, ale to dobrze - do tej pory nie mogę zapomnieć jak byłem na "Matrix Revolting", przepraszam "Matrix Revolution" i nie dość, że zewsząd było słychać radosne chrumkanie i pochrząkiwania z siorbaniem włącznie (dobrze, że innych fizjologicznych odgłosów nie było), to jeszcze siedziałem koło dwóch nastolatków, którzy cokolwiek się nie wydarzyło na ekranie natychmiast musieli to omówić - czy ja jestem nienormalny, że do kina idę oglądać film, a nie żreć, pić, puszczać bąki i trajkotać do upadłego? Pewno jestem, ale biada wam pop-cornowi chrumkacze, z każdym seansem bliżsi jesteście dnia, gdy wyjdę pod ekran i tak wypruję z pepeszy, czy czegoś w tym guście, że odechce wam się na zawsze. I to by było tyle o filmie "Okna".
  • Dzień świra
    świetny scenariusz, świetne dialogi, świetny Marek Kondrat (za którym normalnie nie przepadam). Uśmiałem się do łez, śmiali się też inni. Najmniejsza salka łódzkiego Silver Screen wypełniona była po brzegi - ludzie siedzieli nawet w pierwszym rzędzie, który do oglądania filmu w ogóle się nie nadaje. Chłopak siedzący koło mnie niespecjalnie się śmiał - nie dostrzegał niczego zabawnego w mówieniu "kurwa", czy innych, mocniejszych wulgaryzmach bez których film nie miałby prawa bytu (użyłem tu tego mocnego słowa bez kuriozalnych "k****", bo dla mnie jest to tylko słowo, dosyć głupie zresztą, w nadmiarze używane przez moich rodaków). W filmie widziałem siebie, choć nie do każdej sceny chciałbym się przyznać. Marek Koterski nakręcił nasze polskie "American Beauty". Modlitwę Polaka chciałbym mieć na piśmie. W filmie dzieje się dużo, bardzo dużo - czas leci jak na filmie akcji - nie wiadomo kiedy a dzień świra się kończy ... Za rok chciałbym znowu obejrzeć ten film.